W poniedziałek wizytujemy się u doktora. Jak zwykle co dwa tygodnie :) Zaa to we wtorek kładę się do szpitala. Niestety. Ale to już inna wizyta niż poprzednia, teraz nie musze drżeć, ze idac pod prysznic cos złego się wydarzy. Teraz mogę rodzić. Wtedy, w 19 tygodniu ciąży absolutnie nie było to niczym dobrym. A było to tak...
W 16 tygodniu ciąży, na normalnej wizycie moja szyjka macicy miala 38mm. Luxio! Tak się zdawało ale ta zdradliwa małpa na kolejnej wizycie, po 3 tygodniach miała już tylko 9 mm. W dodatku zrobilo sie wewnetrzne rozwarcie i pecherz płodowy z maluchem wpuklił sie do kanału. Ponoć mały grzebał tam nawet stopą. Na własne oczy nie widzialam. Od razu szpital, zagrozenie poronieniem. Sytuacja kiepska niezwykle. Czekamy 3 dni na posiew z kanalu szyjki, zeby ustalić dalsze działania. W między czasie usg. Ku#@§%! Przepraszam. Jestem nie ptzeklinajaca. Jestem tez z natury optymistka ale wtedy cos we mnie peklo. Przyszla raszpla. Buziulka mila, wrazenie robila dobre. Do momentu az sie nie odezwala. "Uuu sprawa wygląda kiepsko", "Chlopak. Beznadziejnie. Dziewczynki mają większe szanse". Wyszlam z usg. Mina meza jak mnie zobaczyl mowila sama za siebie. To jest bardzo spokojny czlowiek. Naprawde. Ale po rozmowie ze mna, wyparowal z sali prosto do lekarskiego a po 10 minutach wrocil z owa raszpla, bladą jak sciana. Przeprosila.
Zapadly decyzje. Czekamy do 23 tygodnia i 500gramów synka, zalatwiamy stolice i specjalistow. No to czekalam. Dni raz lepsze, raz gorsze. Ciągle stres. Mokro, cos ciagnie, cos boli. Alee uwaga. Jest! 23 tydzien 580gramow. Dzwonią do Warszawy. Odpowiedź profesora z jednego ze szpitali błyskawiczna - dawać ją do mnie. Jutro!
Aaaaaa.
No i pojechalam. Pierwsze 5 godzin. Katastrofa. Już przy przyjęciu chcą mnie odesłać bo posiew miał być aktualny a jest sprzed 4 tygodni. No i znowu siarczyscie zaklelam. Trafiam najpierw na porodowke. Dramatyczne przezycie. Ktoś ciągle gdzieś biega, chmara studentow ciągle o cos pyta, temperaturka, igielka, wenflonik. Siku? Jakie siku?! PANI BĘDZIE BASENOWA! Ma Pani rozwarcie. O maammooo ratuj :( Nigdy nie lezalam w szpitalu, nigdy nie mialam wenflonu, basen?! Tylko w kostiumie i czepku. Okey. Kopniaki syna przewartosciowuja wszystko. Przychodzi Pani dr, bardzo miła, z poczuciem humoru jakie lubię. Troche czystej ironii, pełna kultura i fantastyczny uśmiech. Robimy wywiadzik. Potem znika bo wzywa ją profesor na cesarskie cięcie. Chwilę odpoczywam.
I obchod. Z profesorem na czele, siwy Pan, chuderlawy tlumaczy mi, ze jestem zakwalofikowana do szwu szyjkowego, czekamy tylko na posiew. Hmmm chwileczkę, w moim szpitalu powiedzieli, ze szew nie. Nie bo za duże ryzyko przebicia pęcherza płodowego. Profesor rzuca spojrzenia po kolegach po fachu (w tym Pani dr od wywiadu) Tak powiedzieli? (ironiczny usmiech) W..... (tu pada nazwa mojego miadta) może i nie wchodzi w grę. Ale u nas tak.
Osz kurczaki. Ale emocje.
Wievzorem laduje na oddziale patologii ciazy. Spedzam tam nie caly tydzien i ide na zabieg. W fantastycznej atmosferze, ze wsparciem pielęgniarek, poloznych, anestezjologow. Nie sądziłam, ze poziom medycyny może być tak różny w różnych placówkach. Nie chodzi mi o wystroj wnętrz ale podejście do pacjenta. Zawsze lepiej usłyszeć: "Jak sie masz kochanienka?" niż: " O co chodzi?! ". Po zabiegu wiadomo... czucie w nogach musi wrócić. Zostałam na noc na sali pooperacyjnej podpieta do aparatury a później wrocilam na swoja sale. To byl wtorek. Moglam raz wstać do toalety. Zostawilam to na wieczór żeby wziąć prysznic. W środę moglam wstawac ale nie przesadzajac więc ograniczyłam się do toalety. W czwartek, po 6 tygodniach hospitalizacji wrocilam do domu.
No! To już za nami na szczęście. We wtorek, środę zapadną pewnie konkretne decyzje co do zdjęcia szwu i później tooo już pojawi się mały stresik :)
Wczoraj przyszły meble, wozek i inne ważne cosie. Dziś mebelki już złożone :) Huraaa!!!
P.S. Brak polskich liter motywuje postem z komórki :) Iii... Lenistwem.
