Ja, On, Ona i... ONO?!
Czyli opowieści o tym, jak to los może spłatać nam figla.
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Na szybko czyli jako-tako
Babcia mówi, że jako-tako to tak trochę po japońsku. Może coś w tym jest :)
Aaaaa!!! Stresuję się.
Dziś, po dwóch tygodniach w szpitalu (że niby po zdjęciu szwu z szyjki to rachu ciachu. Acha - tu jedzie a tam strzela w gołą babę) najprawdopodobniej mój syn wyjdzie na świat.
Głupia jestem bo wczoraj wyłam, że mi go będzie w brzuchu brakować.
Najpierw pójdzie oksytocynka a jeśli się nie uda to niestety cc. Ze względów na obciążony wywiad.
Jeżu malusieńki! Będzie się działo.
czwartek, 16 lipca 2015
Co było a nie jest :)
W poniedziałek wizytujemy się u doktora. Jak zwykle co dwa tygodnie :) Zaa to we wtorek kładę się do szpitala. Niestety. Ale to już inna wizyta niż poprzednia, teraz nie musze drżeć, ze idac pod prysznic cos złego się wydarzy. Teraz mogę rodzić. Wtedy, w 19 tygodniu ciąży absolutnie nie było to niczym dobrym. A było to tak...
W poniedziałek wizytujemy się u doktora. Jak zwykle co dwa tygodnie :) Zaa to we wtorek kładę się do szpitala. Niestety. Ale to już inna wizyta niż poprzednia, teraz nie musze drżeć, ze idac pod prysznic cos złego się wydarzy. Teraz mogę rodzić. Wtedy, w 19 tygodniu ciąży absolutnie nie było to niczym dobrym. A było to tak...
W 16 tygodniu ciąży, na normalnej wizycie moja szyjka macicy miala 38mm. Luxio! Tak się zdawało ale ta zdradliwa małpa na kolejnej wizycie, po 3 tygodniach miała już tylko 9 mm. W dodatku zrobilo sie wewnetrzne rozwarcie i pecherz płodowy z maluchem wpuklił sie do kanału. Ponoć mały grzebał tam nawet stopą. Na własne oczy nie widzialam. Od razu szpital, zagrozenie poronieniem. Sytuacja kiepska niezwykle. Czekamy 3 dni na posiew z kanalu szyjki, zeby ustalić dalsze działania. W między czasie usg. Ku#@§%! Przepraszam. Jestem nie ptzeklinajaca. Jestem tez z natury optymistka ale wtedy cos we mnie peklo. Przyszla raszpla. Buziulka mila, wrazenie robila dobre. Do momentu az sie nie odezwala. "Uuu sprawa wygląda kiepsko", "Chlopak. Beznadziejnie. Dziewczynki mają większe szanse". Wyszlam z usg. Mina meza jak mnie zobaczyl mowila sama za siebie. To jest bardzo spokojny czlowiek. Naprawde. Ale po rozmowie ze mna, wyparowal z sali prosto do lekarskiego a po 10 minutach wrocil z owa raszpla, bladą jak sciana. Przeprosila.
Zapadly decyzje. Czekamy do 23 tygodnia i 500gramów synka, zalatwiamy stolice i specjalistow. No to czekalam. Dni raz lepsze, raz gorsze. Ciągle stres. Mokro, cos ciagnie, cos boli. Alee uwaga. Jest! 23 tydzien 580gramow. Dzwonią do Warszawy. Odpowiedź profesora z jednego ze szpitali błyskawiczna - dawać ją do mnie. Jutro!
Aaaaaa.
No i pojechalam. Pierwsze 5 godzin. Katastrofa. Już przy przyjęciu chcą mnie odesłać bo posiew miał być aktualny a jest sprzed 4 tygodni. No i znowu siarczyscie zaklelam. Trafiam najpierw na porodowke. Dramatyczne przezycie. Ktoś ciągle gdzieś biega, chmara studentow ciągle o cos pyta, temperaturka, igielka, wenflonik. Siku? Jakie siku?! PANI BĘDZIE BASENOWA! Ma Pani rozwarcie. O maammooo ratuj :( Nigdy nie lezalam w szpitalu, nigdy nie mialam wenflonu, basen?! Tylko w kostiumie i czepku. Okey. Kopniaki syna przewartosciowuja wszystko. Przychodzi Pani dr, bardzo miła, z poczuciem humoru jakie lubię. Troche czystej ironii, pełna kultura i fantastyczny uśmiech. Robimy wywiadzik. Potem znika bo wzywa ją profesor na cesarskie cięcie. Chwilę odpoczywam.
I obchod. Z profesorem na czele, siwy Pan, chuderlawy tlumaczy mi, ze jestem zakwalofikowana do szwu szyjkowego, czekamy tylko na posiew. Hmmm chwileczkę, w moim szpitalu powiedzieli, ze szew nie. Nie bo za duże ryzyko przebicia pęcherza płodowego. Profesor rzuca spojrzenia po kolegach po fachu (w tym Pani dr od wywiadu) Tak powiedzieli? (ironiczny usmiech) W..... (tu pada nazwa mojego miadta) może i nie wchodzi w grę. Ale u nas tak.
Osz kurczaki. Ale emocje.
Wievzorem laduje na oddziale patologii ciazy. Spedzam tam nie caly tydzien i ide na zabieg. W fantastycznej atmosferze, ze wsparciem pielęgniarek, poloznych, anestezjologow. Nie sądziłam, ze poziom medycyny może być tak różny w różnych placówkach. Nie chodzi mi o wystroj wnętrz ale podejście do pacjenta. Zawsze lepiej usłyszeć: "Jak sie masz kochanienka?" niż: " O co chodzi?! ". Po zabiegu wiadomo... czucie w nogach musi wrócić. Zostałam na noc na sali pooperacyjnej podpieta do aparatury a później wrocilam na swoja sale. To byl wtorek. Moglam raz wstać do toalety. Zostawilam to na wieczór żeby wziąć prysznic. W środę moglam wstawac ale nie przesadzajac więc ograniczyłam się do toalety. W czwartek, po 6 tygodniach hospitalizacji wrocilam do domu.
No! To już za nami na szczęście. We wtorek, środę zapadną pewnie konkretne decyzje co do zdjęcia szwu i później tooo już pojawi się mały stresik :)
Wczoraj przyszły meble, wozek i inne ważne cosie. Dziś mebelki już złożone :) Huraaa!!!
P.S. Brak polskich liter motywuje postem z komórki :) Iii... Lenistwem.
W poniedziałek wizytujemy się u doktora. Jak zwykle co dwa tygodnie :) Zaa to we wtorek kładę się do szpitala. Niestety. Ale to już inna wizyta niż poprzednia, teraz nie musze drżeć, ze idac pod prysznic cos złego się wydarzy. Teraz mogę rodzić. Wtedy, w 19 tygodniu ciąży absolutnie nie było to niczym dobrym. A było to tak...
W 16 tygodniu ciąży, na normalnej wizycie moja szyjka macicy miala 38mm. Luxio! Tak się zdawało ale ta zdradliwa małpa na kolejnej wizycie, po 3 tygodniach miała już tylko 9 mm. W dodatku zrobilo sie wewnetrzne rozwarcie i pecherz płodowy z maluchem wpuklił sie do kanału. Ponoć mały grzebał tam nawet stopą. Na własne oczy nie widzialam. Od razu szpital, zagrozenie poronieniem. Sytuacja kiepska niezwykle. Czekamy 3 dni na posiew z kanalu szyjki, zeby ustalić dalsze działania. W między czasie usg. Ku#@§%! Przepraszam. Jestem nie ptzeklinajaca. Jestem tez z natury optymistka ale wtedy cos we mnie peklo. Przyszla raszpla. Buziulka mila, wrazenie robila dobre. Do momentu az sie nie odezwala. "Uuu sprawa wygląda kiepsko", "Chlopak. Beznadziejnie. Dziewczynki mają większe szanse". Wyszlam z usg. Mina meza jak mnie zobaczyl mowila sama za siebie. To jest bardzo spokojny czlowiek. Naprawde. Ale po rozmowie ze mna, wyparowal z sali prosto do lekarskiego a po 10 minutach wrocil z owa raszpla, bladą jak sciana. Przeprosila.
Zapadly decyzje. Czekamy do 23 tygodnia i 500gramów synka, zalatwiamy stolice i specjalistow. No to czekalam. Dni raz lepsze, raz gorsze. Ciągle stres. Mokro, cos ciagnie, cos boli. Alee uwaga. Jest! 23 tydzien 580gramow. Dzwonią do Warszawy. Odpowiedź profesora z jednego ze szpitali błyskawiczna - dawać ją do mnie. Jutro!
Aaaaaa.
No i pojechalam. Pierwsze 5 godzin. Katastrofa. Już przy przyjęciu chcą mnie odesłać bo posiew miał być aktualny a jest sprzed 4 tygodni. No i znowu siarczyscie zaklelam. Trafiam najpierw na porodowke. Dramatyczne przezycie. Ktoś ciągle gdzieś biega, chmara studentow ciągle o cos pyta, temperaturka, igielka, wenflonik. Siku? Jakie siku?! PANI BĘDZIE BASENOWA! Ma Pani rozwarcie. O maammooo ratuj :( Nigdy nie lezalam w szpitalu, nigdy nie mialam wenflonu, basen?! Tylko w kostiumie i czepku. Okey. Kopniaki syna przewartosciowuja wszystko. Przychodzi Pani dr, bardzo miła, z poczuciem humoru jakie lubię. Troche czystej ironii, pełna kultura i fantastyczny uśmiech. Robimy wywiadzik. Potem znika bo wzywa ją profesor na cesarskie cięcie. Chwilę odpoczywam.
I obchod. Z profesorem na czele, siwy Pan, chuderlawy tlumaczy mi, ze jestem zakwalofikowana do szwu szyjkowego, czekamy tylko na posiew. Hmmm chwileczkę, w moim szpitalu powiedzieli, ze szew nie. Nie bo za duże ryzyko przebicia pęcherza płodowego. Profesor rzuca spojrzenia po kolegach po fachu (w tym Pani dr od wywiadu) Tak powiedzieli? (ironiczny usmiech) W..... (tu pada nazwa mojego miadta) może i nie wchodzi w grę. Ale u nas tak.
Osz kurczaki. Ale emocje.
Wievzorem laduje na oddziale patologii ciazy. Spedzam tam nie caly tydzien i ide na zabieg. W fantastycznej atmosferze, ze wsparciem pielęgniarek, poloznych, anestezjologow. Nie sądziłam, ze poziom medycyny może być tak różny w różnych placówkach. Nie chodzi mi o wystroj wnętrz ale podejście do pacjenta. Zawsze lepiej usłyszeć: "Jak sie masz kochanienka?" niż: " O co chodzi?! ". Po zabiegu wiadomo... czucie w nogach musi wrócić. Zostałam na noc na sali pooperacyjnej podpieta do aparatury a później wrocilam na swoja sale. To byl wtorek. Moglam raz wstać do toalety. Zostawilam to na wieczór żeby wziąć prysznic. W środę moglam wstawac ale nie przesadzajac więc ograniczyłam się do toalety. W czwartek, po 6 tygodniach hospitalizacji wrocilam do domu.
No! To już za nami na szczęście. We wtorek, środę zapadną pewnie konkretne decyzje co do zdjęcia szwu i później tooo już pojawi się mały stresik :)
Wczoraj przyszły meble, wozek i inne ważne cosie. Dziś mebelki już złożone :) Huraaa!!!
P.S. Brak polskich liter motywuje postem z komórki :) Iii... Lenistwem.
wtorek, 14 lipca 2015
I wyszło... szydło z worka :)
Miałam pisać bloga.
A jakże.
Zapał miałam. Chęci. Pomysł też był. I
wszystko poszłoooo... w siną daaaaal, w siną daaaal... :)
Ale jak to mówią: "Co się odwlecze to
nie uciecze!".
Zamysł miałam taki, żeby pisać co zmienia
się u nas w związku z pojawieniem się nowego "onego".
Najpierw zweryfikował wszystko strach - bo
było średnio, bo nie tak bo znowu ten pieprzony progesteron, bo może lepiej nie
zapeszyć.
Potem zweryfikowała wszystko rzeczywistość
- bo faktycznie źle, bo szanse małe, bo trzeba przygotować się na wszystko a
jednocześnie wierzyć i walczyć. Nie wstawać, czekać na sygnał od mądrzejszych
głów. A przecież do jasnej Anieli nie krakałam! No tak! Oczywiście, że
teściowa puściła famę. Awantura była - ależ oczywiście i foch obustronny ale
chyba mój i monża większy. Nie istotne.
I tak czekaliśmy na sygnał od mądrzejszych
przez 4 tygodnie w płaczu i nerwach ale i nadziei, że mądrzejsi są to pomogą. I
pomogli! Naprawili mnie - zacerowali na centymetrowej szyjce i 4 centymetrach
rozwarcia w 24tc). Po łącznie 6
tygodniach spędzonych w szpitalu wyszliśmy na wolność! I to nadal we troje. A
byli tacy co nie wierzyli!
Na pohybel łobuzy!!! Pf!
Następnie leżałam, leżałam i
pachniałam (o ile upałów nie było ;)) i skakali przy mnie: monż, odobrażona
teściowa, szwagier nawet. I tak minęło kolejnych 12 tygodni.
Ono - już dawno okazało się
być Nim. W 12 tygodniu zobaczyliśmy piękne jajczątka. Potem było jak było więc
sweet fotek nie mamy. A jak na złość, nie dawno - w 32 tygodniu zamiast
pięknych oczysk, papuśnych pultinków i
dziury w brodzie (po tatusiu rzecz jasna) znów zobaczyliśmy ino jajka J
Kochamy te jajka mocno!
I czekamy J
Nie wiem czy mi się uda ale chciałabym dać upust emocjom (bo będą
wielkie jak nic) związanym z macierzyństwem i pisać tu o ochach i achach nad
moim dzieckiem ale też o tych mniej przyjemnych rzeczach. Ogólnie rzecz ujmując
- chcę się tu móc chwalić i żalić. A co tam!
Do następnego!
środa, 31 grudnia 2014
Ahoj przygodo!!!
Ostatniego bloga prowadziłam jak miałam chyba 15 lat. Pisało się wtedy o tych wielkich i trochę mniejszych miłościach, ludziach poznanych na mIRCU, złości na rodziców i niesprawiedliwości świata. A jakże! Te czasy już na szczęście dawno za mną. Jestem starawa i ranga problemów uległa znacznej zmianie.
Od czego powinnam zacząć pisząc tego bloga? Chyba od przedstawienia głównych bohaterów tutejszych opowieści i wyjaśnienia nazwy.
Bajbus - postać filmowa z 1936 roku. Komedię Będzie lepiej wyreżyserował Michał Waszyński. Są to perypetie Tońcia i Szczepka, którzy zostali wyrzuceni z pracy w fabryce zabawek za śpiewanie i to oni znajdują w parku niemowlę, które nazywają Bajbuskiem. Skąd u mnie Bajbusek? Ano Tata tak się do mnie zwracał jak byłam mała, w zasadzie przestał dopiero jak wyszłam za mąż :) Taty brat też tak do mnie mówił. Nie przeszkadzało mi to. Kim był Bajbusek dowiedziałam się "na starość".
Ja - wszyscy mówią na mnie Karla (jako dziecko strasznie się wściekałam, że mama tak się do mnie zwraca a teraz bardzo lubię), mam 26 lat. Od 6 lat jestem mężatką. Z pasji i wykształcenia - nauczyciel, terapeuta pedagogiczny - zawodowo aktywna rzecz jasna. Lubię pracę z dziećmi. Nigdy nie wiem co przyniesie następny dzień., kto przyjdzie i powie, że inny go opluł, kopnął, popchnął na korytarzu, jaką opowieścią zaskoczy mnie dziecko a były przeróżne, musicie mi wierzyć. Własnych dzieci nie mam. W 2011 straciłam dwie ciąże z przyczyn początkowo nieznanych. Dużo mówię, jeszcze więcej się śmieję. Śmiech to zdrowie toć!
On - mąż mój. Fajny facet - serio. Jak dramatyzuję to stawia mnie do pionu. Żartowniś. Ludzie go lubią. Choć ktoś kiedyś stwierdził, że ma "chamski wyraz twarzy". Oj tam. Może i ma ale to mój przystojniak. Kiedyś dziewczynka, z którą pracowałam powiedziała, że jest fajny ale i tak jest "głupim monżem i ona nigdy nie będzie miała głupich monżów i głupich dzieci". I tak Mat stał się Monżem a jak mnie zdenerwuje to w dodatku głupim. :) Pracowity jest, lubi swoją pracę a ma nie łatwą, muszę przyznać. W domu to chyba jak każdy facet - trzeba prosić: zmyjesz naczynia? zapakujesz zmywarkę? pomożesz mi posprzątać? - Zaaaraz, za chwilkę, dokończę bitwę (Aaach te czołgi!). Choć muszę przyznać, że od pewnego czasu wiele się zmieniło :) Ale o tym później.
Ona - noo musi się tu znaleźć. Ona to nikt inny jak nasza psica. Czarne to to takie, zmierzłe czasem, małe, a jakie awanturne. W każdym razie - ma 3 lata, jest małym sznaucerem miniaturowym ale jej wielkość jest nie współmierna do temperamentu. Gaja - tak się wabi. Ładnie nie?
Ono - o tym, kim jest ono dowiecie się kiedy indziej. Ale niedługo - OBIECUJĘ!
Blog powstał żeby, żeby, żeby... w zasadzie to sama nie wiem. Chciałam go mieć. Nie liczę na rzeszę fanów i czytelników :) Pisać będę żeby móc oderwać się od "nicnierobienia", które ostatnio często mi towarzyszy. Będzie o wszystkim i o niczym. O mnie, o wybrykach psa, o "głupim monżu" i życiu.
Ot tak. Po prostu!
No to: AHOJ PRZYGODO!!!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
